Dobry pomysł na koniec dobrego dnia
zza roku widać lepiej
środa, 18 stycznia 2012
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Nowy Rok
I co moi drodzy? Mamy Nowy Rok.
Mam niestety wewnętrzny dylemat, czy silić się na podsumowania tego poprzedniego roku, ponieważ sama nie wiem czy był on dobry czy nie dobry czy też jego dobroć była umiarkowana. Postanawiam, 2011 zostawiam w spokoju! Niech Ci co się w tym roku urodzili, wstąpili czy wystąpili w/z związki lub też poczynili inne spektakularne przedsięwzięcia rozmyślają o tym 2011. Ja go uznam za byłego i wspominać go więcej nie będę (chociaż w sumie wycieczkę do Mexico można by powspominać).
W 2012 roku, roku Euro chciałabym być przede wszystkim zdrowa, bo patrząc na cyrk związany z reformami MZ i refundacjami czuje się niestety gorzej. Na szczęście wystarczy wyłączyć wiadomości i moje samopoczucie wraca do normy. Chciałabym żeby ten rok nie był rokiem kryzysów (i tych dalszych i tych bliższych) ale niestety czasy są takie a nie inne więc jakoś trzeba będzie to przebrnąć (koń jaki jest każdy widzi). Życzę sobie również trochę więcej mózgu w głowie, odwagi w podejmowaniu decyzji i wdrożenia "get things done" bo chaos panujący w moim życiu zaczyna mnie przerastać. I standardowo - chcę w końcu napisać książkę ale to postanowienie noworoczne przepisuję już po raz któryś...
Happy New Year :)
wtorek, 27 grudnia 2011
mimoza
z cyklu: roza - mimoza
Roza to kwiat. Mimoza też.
Jednak mimotycznie rzecz biorąc nie taka mimoza nieruchawa jak ją rysują. Wikipedia twierdzi że mimoza to rodzaj tropikalnych roślin, rozpowszechniony w Ameryce Południowej oraz na wyspach Oceanu Spokojnego.
Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby spotkać mimozę. Ja doznałam bliskiego spotkania dzisiaj w porannej kolejce na poczcie (polskiej), gdzie Pani miła i uprzejma swoją mimotycznością przeszła wszystkie mimozy świata. Otóż jak pojawia się w okienku petent, dzierżąc w dłoni garść awizo zostawionych 23 grudnia to przecież z góry wiadomo, że mu się nie spieszy, że sobie poczeka a w ogóle to czego on chce, trzeci dzień świąt jest! I tak spędzając w relikcie PRL - u (notabene całkiem zadbanym) kolejnych minut dwadzieścia doznałam zaszczytu spotkania z Panią nieprędką (mimozą). Po kliknięciu dokładnie w każdy klawisz wymagający wyświetlenia nazwy ulicy, dowiedziałam się że, awizo nie odbiorę bo nazwisko nie to i adres nie ten (w gwoli wyjaśnienia, listonosz nagrezmolił coś po swojemu i uznałam że to do mnie). A jak już z prędkością światła liczoną w baranach przeskakujących nad płotem, zebrała się żeby sprawdzić do kogo ten list to rach ciach ciach, system padł a księgi listowne w których przesyłek jest dziennie 3 tys. są akurat zajęte przez inną panią mimotyczną. Dowiedziawszy się całe nic, opuściłam gościnne progi poczty, odchodząc z nadzieją bliskiego spotkania listonosza.
Tak więc mój poświąteczny spokój został zburzony jedną wizytą na poczcie. Tak niewiele trzeba, żeby uczynić świat lepszym.
Roza to kwiat. Mimoza też.
Jednak mimotycznie rzecz biorąc nie taka mimoza nieruchawa jak ją rysują. Wikipedia twierdzi że mimoza to rodzaj tropikalnych roślin, rozpowszechniony w Ameryce Południowej oraz na wyspach Oceanu Spokojnego.
Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby spotkać mimozę. Ja doznałam bliskiego spotkania dzisiaj w porannej kolejce na poczcie (polskiej), gdzie Pani miła i uprzejma swoją mimotycznością przeszła wszystkie mimozy świata. Otóż jak pojawia się w okienku petent, dzierżąc w dłoni garść awizo zostawionych 23 grudnia to przecież z góry wiadomo, że mu się nie spieszy, że sobie poczeka a w ogóle to czego on chce, trzeci dzień świąt jest! I tak spędzając w relikcie PRL - u (notabene całkiem zadbanym) kolejnych minut dwadzieścia doznałam zaszczytu spotkania z Panią nieprędką (mimozą). Po kliknięciu dokładnie w każdy klawisz wymagający wyświetlenia nazwy ulicy, dowiedziałam się że, awizo nie odbiorę bo nazwisko nie to i adres nie ten (w gwoli wyjaśnienia, listonosz nagrezmolił coś po swojemu i uznałam że to do mnie). A jak już z prędkością światła liczoną w baranach przeskakujących nad płotem, zebrała się żeby sprawdzić do kogo ten list to rach ciach ciach, system padł a księgi listowne w których przesyłek jest dziennie 3 tys. są akurat zajęte przez inną panią mimotyczną. Dowiedziawszy się całe nic, opuściłam gościnne progi poczty, odchodząc z nadzieją bliskiego spotkania listonosza.
Tak więc mój poświąteczny spokój został zburzony jedną wizytą na poczcie. Tak niewiele trzeba, żeby uczynić świat lepszym.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
racja po naszej stronie
z cyklu: jest dobrze a nawet bardzo
Są święta, konkretnie drugi dzień świąt. Koteczki moje piękne, rude i puchate zostawiłam w warszawskim domu, dlatego musiałam do niego szybko wracać zza wigilijnego stołu. I chociaż siedzę sama w domu, jest mi ponad przeciętnie dobrze (no może poza tym że poszłabym na imprezę). Nikt nie chodzi i nie wciska mi kotletów, sałatki jarzynowej i nie każe mi przegryzać tego śledziem. Nie mam obowiązku odwiedzać stada ciotek które co roku widuję tylko przy tej okazji a które tuż po zamknięciu przeze mnie drzwi głośno komentują mój ubiór, figurę i zawartość portfela. I spokój wewnętrzny względny a to się rzadko zdarza przy rodzinnych świętach. Kolejny klasyk mawiał: co za dużo to nie zdrowo. Ja mawiam: Nie ważne co będzie i tak jest zajebiście! Bo mam do kogo wracać.
Może to objaw staropanieństwa lub też innej schizofrenii że koty zajmują tak wiele miejsca w moim życiu. Nie potrafię sobie jednak w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego te dwa futra zajmują tak wiele miejsca w moim sercu. Może dlatego, że one nic nie muszą? Nie muszą udawać miłości, uczuć, poprawności politycznej oraz gustów muzyczno - artystycznych. Nie muszą wymyślać sobie zajęć tak aby móc coś zajebistego umieścić na wallu znanego portalu. Nie potrzebują pieczątek w paszporcie z najodleglejszych miejsc świata które nawet trudno znaleźć na mapie. Nie są tu i teraz i nie robią tego czy tamtego bo tak wypada. Bo tak ktoś kazał.
One po prostu bezinteresownie przywiązują się do osoby, która poświęca im chociaż krztę uwagi. I kochają bezinteresownie. Mnie kochają i ja to czuję. Niepojęte jest dla mnie (a przypomnę przed nazwiskiem mogę wpisać inż. zootechniki) jak wiele miłości jest w tak małym ciele. I jak ta miłość ze zwierząt przechodzi na ludzi. To jest dla mnie magia świąt i nie chcę wiedzieć jak i dlaczego tak to właśnie działa.
Są święta, konkretnie drugi dzień świąt. Koteczki moje piękne, rude i puchate zostawiłam w warszawskim domu, dlatego musiałam do niego szybko wracać zza wigilijnego stołu. I chociaż siedzę sama w domu, jest mi ponad przeciętnie dobrze (no może poza tym że poszłabym na imprezę). Nikt nie chodzi i nie wciska mi kotletów, sałatki jarzynowej i nie każe mi przegryzać tego śledziem. Nie mam obowiązku odwiedzać stada ciotek które co roku widuję tylko przy tej okazji a które tuż po zamknięciu przeze mnie drzwi głośno komentują mój ubiór, figurę i zawartość portfela. I spokój wewnętrzny względny a to się rzadko zdarza przy rodzinnych świętach. Kolejny klasyk mawiał: co za dużo to nie zdrowo. Ja mawiam: Nie ważne co będzie i tak jest zajebiście! Bo mam do kogo wracać.
Może to objaw staropanieństwa lub też innej schizofrenii że koty zajmują tak wiele miejsca w moim życiu. Nie potrafię sobie jednak w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego te dwa futra zajmują tak wiele miejsca w moim sercu. Może dlatego, że one nic nie muszą? Nie muszą udawać miłości, uczuć, poprawności politycznej oraz gustów muzyczno - artystycznych. Nie muszą wymyślać sobie zajęć tak aby móc coś zajebistego umieścić na wallu znanego portalu. Nie potrzebują pieczątek w paszporcie z najodleglejszych miejsc świata które nawet trudno znaleźć na mapie. Nie są tu i teraz i nie robią tego czy tamtego bo tak wypada. Bo tak ktoś kazał.
One po prostu bezinteresownie przywiązują się do osoby, która poświęca im chociaż krztę uwagi. I kochają bezinteresownie. Mnie kochają i ja to czuję. Niepojęte jest dla mnie (a przypomnę przed nazwiskiem mogę wpisać inż. zootechniki) jak wiele miłości jest w tak małym ciele. I jak ta miłość ze zwierząt przechodzi na ludzi. To jest dla mnie magia świąt i nie chcę wiedzieć jak i dlaczego tak to właśnie działa.
sobota, 12 listopada 2011
nowy pomysł na coś nowego
z cyklu: biznes marzeń
Ja i nie ja - czyli Justyna zakładamy wspólnego bloga. Nie makelifeharder, nie jakniezyc nie rurawylotowa.pl ale zupełnie nowe, porywajace i artystyczne dzieło :) więcej szczegółów już niebawem :P
Ja i nie ja - czyli Justyna zakładamy wspólnego bloga. Nie makelifeharder, nie jakniezyc nie rurawylotowa.pl ale zupełnie nowe, porywajace i artystyczne dzieło :) więcej szczegółów już niebawem :P
poniedziałek, 24 października 2011
październik nie sprzyja rozmyślaniom
z cyklu: apelujemy o rozwagę
Kolejny rok z rzędu dochodzę do wniosku, że październik nie sprzyja rozmyślaniom. Powody są banalnie proste. Żeby nie powiedzieć błache.
- robi się zimno, w związku z tym ukochane sandałki, klapeczki i szpileczki trzeba odłozyć na najbliższe pół roku na dno szafy bez dna
- robi się ciemno - przysięgam wychodzę z domu prawie w nocy (jedyne co widzę to poduszkę przed oczami) a wracam też w nocy (gdy zdarzy się ze jest trochę jaśniej to znaczy że albo zaczęło świtać albo ja podejrzanie szybko wracam z uczelni)
- zaczyna się nauka, po 3 tygodniowej rozgrzewce pod tytułem "a ja nie wiedziałem że dzisiaj są zajęcia" oraz "grupa do której mnie przydzielili swoją czerstwotą przebiła chleb dla konia" prowadzący nabierają wiatru w żagle i dawaj wejscióweczki, piersióweczki i dwójeczki. Życie, studenckie tylko dodam.
Apel na dzisiaj: droga Pani zimo, apelujemy o rozwagę! Jak będziesz tak ponura jak październik to wyjedziemy wszyscy do czwartej Irlandii, i kto wtedy będzie płacił podatki?
niedziela, 23 października 2011
odchodzenie
z cyklu: jest mi smutno
Będzie krótko chociaż nie łatwo. Ja - istota wysoce usocjalizowana, potrzebuje kontaktu z ludźmi, zawsze i wszędzie. Na uczelni, w pracy, w sklepie, tramwaju i w kolejce do przymierzalni. No cóż, ja tak mam. I strasznie nie lubię się żegnać. To oznacza że ktoś gdzieś lub ktoś skądś odchodzi...
Będzie krótko chociaż nie łatwo. Ja - istota wysoce usocjalizowana, potrzebuje kontaktu z ludźmi, zawsze i wszędzie. Na uczelni, w pracy, w sklepie, tramwaju i w kolejce do przymierzalni. No cóż, ja tak mam. I strasznie nie lubię się żegnać. To oznacza że ktoś gdzieś lub ktoś skądś odchodzi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)