wtorek, 27 grudnia 2011

mimoza

z cyklu: roza - mimoza

Roza to kwiat. Mimoza też.

Jednak mimotycznie rzecz biorąc nie taka mimoza nieruchawa jak ją rysują. Wikipedia twierdzi że mimoza to rodzaj tropikalnych roślin, rozpowszechniony w Ameryce Południowej oraz na wyspach Oceanu Spokojnego.  


Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby spotkać mimozę. Ja doznałam bliskiego spotkania dzisiaj w porannej kolejce na poczcie (polskiej), gdzie Pani miła i uprzejma swoją mimotycznością przeszła wszystkie mimozy świata. Otóż jak pojawia się w okienku petent, dzierżąc w dłoni garść awizo zostawionych 23 grudnia to przecież z góry wiadomo, że mu się nie spieszy, że sobie poczeka a w ogóle to czego on chce, trzeci dzień świąt jest! I tak spędzając w relikcie PRL - u (notabene całkiem zadbanym) kolejnych minut dwadzieścia doznałam zaszczytu spotkania z Panią nieprędką (mimozą). Po kliknięciu dokładnie w każdy klawisz wymagający wyświetlenia nazwy ulicy, dowiedziałam się że, awizo nie odbiorę bo nazwisko nie to i adres nie ten (w gwoli wyjaśnienia, listonosz nagrezmolił coś po swojemu i uznałam że to do mnie). A jak już z prędkością światła liczoną w baranach przeskakujących nad płotem, zebrała się żeby sprawdzić do kogo ten list to rach ciach ciach, system padł a księgi listowne w których przesyłek jest dziennie 3 tys. są akurat zajęte przez inną panią mimotyczną. Dowiedziawszy się całe nic, opuściłam gościnne progi poczty, odchodząc z nadzieją bliskiego spotkania listonosza. 


Tak więc mój poświąteczny spokój został zburzony jedną wizytą na poczcie. Tak niewiele trzeba, żeby uczynić świat lepszym. 







poniedziałek, 26 grudnia 2011

racja po naszej stronie

z cyklu: jest dobrze a nawet bardzo

Są święta, konkretnie drugi dzień świąt. Koteczki moje piękne, rude i puchate zostawiłam w warszawskim domu, dlatego musiałam do niego szybko wracać zza wigilijnego stołu. I chociaż siedzę sama w domu, jest mi ponad przeciętnie dobrze (no może poza tym że poszłabym na imprezę). Nikt nie chodzi i nie wciska mi kotletów, sałatki jarzynowej i nie każe mi przegryzać tego śledziem. Nie mam obowiązku odwiedzać stada ciotek które co roku widuję tylko przy tej okazji a które tuż po zamknięciu przeze mnie drzwi głośno komentują mój ubiór, figurę i zawartość portfela. I spokój wewnętrzny względny a to się rzadko zdarza przy rodzinnych świętach. Kolejny klasyk mawiał: co za dużo to nie zdrowo. Ja mawiam: Nie ważne co będzie i tak jest zajebiście! Bo mam do kogo wracać.

Może to objaw staropanieństwa lub też innej schizofrenii że koty zajmują tak wiele miejsca w moim życiu. Nie potrafię sobie jednak w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego te dwa futra zajmują tak wiele miejsca w moim sercu. Może dlatego, że one nic nie muszą? Nie muszą udawać miłości, uczuć, poprawności politycznej oraz gustów muzyczno - artystycznych. Nie muszą wymyślać sobie zajęć tak aby móc coś zajebistego umieścić na wallu znanego portalu. Nie potrzebują pieczątek w paszporcie z najodleglejszych miejsc świata które nawet trudno znaleźć na mapie. Nie są tu i teraz i nie robią tego czy tamtego bo tak wypada. Bo tak ktoś kazał.

One po prostu bezinteresownie przywiązują się do osoby, która poświęca im chociaż krztę uwagi. I kochają bezinteresownie. Mnie kochają i ja to czuję. Niepojęte jest dla mnie (a przypomnę przed nazwiskiem mogę wpisać inż. zootechniki) jak wiele miłości jest w tak małym ciele. I jak ta miłość ze zwierząt przechodzi na ludzi. To jest dla mnie magia świąt i nie chcę wiedzieć jak i dlaczego tak to właśnie działa.

sobota, 12 listopada 2011

nowy pomysł na coś nowego

z cyklu: biznes marzeń

Ja i nie ja - czyli Justyna zakładamy wspólnego bloga. Nie makelifeharder, nie jakniezyc nie rurawylotowa.pl ale zupełnie nowe, porywajace i artystyczne dzieło :) więcej szczegółów już niebawem :P

poniedziałek, 24 października 2011

październik nie sprzyja rozmyślaniom

z cyklu: apelujemy o rozwagę 

Kolejny rok z rzędu dochodzę do wniosku, że październik nie sprzyja rozmyślaniom. Powody są banalnie proste. Żeby nie powiedzieć błache. 

- robi się zimno, w związku z tym ukochane sandałki, klapeczki i szpileczki trzeba odłozyć na najbliższe pół roku na dno szafy bez dna
- robi się ciemno - przysięgam wychodzę z domu prawie w nocy (jedyne co widzę to poduszkę przed oczami) a wracam też w nocy (gdy zdarzy się ze jest trochę jaśniej to znaczy że albo zaczęło świtać albo ja podejrzanie szybko wracam z uczelni) 
- zaczyna się nauka, po 3 tygodniowej rozgrzewce pod tytułem "a ja nie wiedziałem że dzisiaj są zajęcia" oraz "grupa do której mnie przydzielili swoją czerstwotą  przebiła chleb dla konia" prowadzący nabierają wiatru w żagle i dawaj wejscióweczki, piersióweczki i dwójeczki. Życie, studenckie tylko dodam.

Apel na dzisiaj: droga Pani zimo, apelujemy o rozwagę! Jak będziesz tak ponura jak październik to wyjedziemy wszyscy do czwartej Irlandii, i kto wtedy będzie płacił podatki? 

niedziela, 23 października 2011

odchodzenie

z cyklu: jest mi smutno

Będzie krótko chociaż nie łatwo. Ja - istota wysoce usocjalizowana, potrzebuje kontaktu z ludźmi, zawsze i wszędzie. Na uczelni, w pracy, w sklepie, tramwaju i w kolejce do przymierzalni. No cóż, ja tak mam. I strasznie nie lubię się żegnać. To oznacza że ktoś gdzieś lub ktoś skądś odchodzi...

wtorek, 6 września 2011

jak świat światem...

z cyklu: sporty wyczynowe i inne...

W telewizji trwa właśnie mecz piłki nożnej. Kto gra? Polska - Niemcy. Ostatni raz wygraliśmy 31(!!!) lat temu a bramkę strzelił sędziwy już i nie posiadający tak dobrej kondycji fizycznej Boniek. Po przerwie, mamy 1:1 (tak tak, Polacy trafili w ten kilometrowy obszar nazywany bramką). Ale i tak pewnie przegramy? Dlaczego? Odpowiedź jest jedna - polscy kibice są najbardziej zajebistymi kibicami na stałym świecie, nawet jak przegrywamy, nawet jak strzelili nam 83 bramki w jednym spotkaniu, nawet gdy pada deszcz, śnieg, siedzenia nie są podgrzewane a do najbliższego przystanku autobusowego są 32 kilometry - oni klaszczą, śpiewają i machają flagami. Bo siła wspierania naszych tkwi dużo głębiej w nas niż determinacja do walki tkwi w piłkarzach. 

poniedziałek, 5 września 2011

Dorosłość

Na wstępie tego posta należałoby złożyć samokrytykę i obwołać publiczną pokutę za częstotliwość postów większą niż rzadka. no ale cóż, life is life...

z cyklu refleksja metodą na wpędzenie się w szaleństwo - małżeństwo bez wyraźnych, nawet miłosnych powodów. 


Nadeszły ciężkie czasy dla rocznika '87 (chociaż tutaj to już czas najwyższy), '88 i '89. Przeglądając Faceboga (a wierzcie mi robię to regularnie) i nk, coraz więcej koleżanek wydaje mi się że znam - a jednak nie znam. Wiele z nich, poznanych na różnych etapach edukacji, w różnych kolejach losu, przy różnorodnych okazjach (i przy różnych trunkach) stawiało na swój rozwój, samorealizację, ukształtowanie siebie jako wolnej, mądrej i niezależniej. A prawie każda z nich, chciała być "kimś" znaną i uznaną prawniczką, utalentowaną aktorką czy pisarką lub też gwiazdą szklanego ekranu, z którego będzie wabić, kusić i uwodzić. I co teraz mam zrobić, kiedy patrząc na M**** już nie widzę tej M*** z którą jarałam papierosy po kątach czy uciekałam z lekcji w liceum (zdarzało się, tak tak) ale widzę Panią M*** M***, dumną i szczęśliwą, matkę i żonę, z dzieckiem w avatarze zamiast twarz własnej lub też z kontem wspólnym facebookowym, prowadzonym wspólnie z mężem (btw. ciekawe czy to w banku również wspólnie prowadzą ??)

Moja koncepcja życia rodzinnego, standardowo ujęta w białą sukienkę i brzmiąca głosem pijanych wujków, których widzisz po raz pierwszy w życiu - jest wypaczona, to wiem. natomiast nie wiem co we mnie drzemie, feminizm? ekscentryczność? egoizm i samouwielbienie? być może. Nie odnajduję jednak fun'u w byciu żoną (a nawet matką), nieposiadaniu własnego kąta, życiu za haracz od rodziców i snuciu planów o wspólnej przyszłości na rachunek mamy i taty. Well. Coś w tym może jest. Ale czy to dorosłość?


wtorek, 16 sierpnia 2011

wpis na facebooku

Miały być doniesienia już jutro, a wyszło jak zwykle. No cóż, bywa.


Nietypowe zjawisko zaobserwowałam dzisiaj na facebooku, przewijając posty opublikowane przez znajome (tak znajome, nie znajomych). Pojawił się pewien łańcuszek, wiadomość taka jak każda inna, łańcuszek w sumie też - opublikuj to i wyraź poparcie dla tego czy tamtego i dołącz się tu i tam. Okej, ale o czym mówię - mam na myśli poniższą wiadomość:


Jeśli jesteś samotna, pytają o narzeczonego. Kiedy masz narzeczonego, pytają kiedy ślub. kiedy wychodzisz za mąż, pytają kiedy będą dzieci. kiedy już masz jedno, pytają kiedy braciszek. jeśli się rozwodzisz pytają dlaczego. Jeśli próbujesz zacząć żyć na nowo pytają dlaczego tak szybko. Ludziom nic nigdy nie będzie się podobać. Jeżeli jesteś dumna z tego, kim jesteś i gówno Cię obchodzi co ludzie o Tobie myślą, wklej to na Twoją ścianę, ponieważ możesz przeżyć swoje życie tylko raz :) 


Wiele już takich wiadomości krążyło po fb ale ta ujęła mnie jakoś szczególnie - już kilka razy słyszałam pytanie "Kiedy ślub" a  Ci co ślub wzięli - mówią że ciągle słyszą kiedy dzieci. Ja w tym momencie mówię nie. Jak mam ochotę mieszkać z tym czy tamtym, robić to czy tamto, jeść to a nie jeść tamtego, to tak właśnie zrobię. I tym wszystkim, życzliwym mniej lub bardziej, plotkarom, nudziarom i podniecającym się każdą sensacją niedojrzałym emocjonalnie małolatom mam ochotę powiedzieć "fuck off" prosto w twarz. I powiem, każdemu kto zada mi pytanie, co ja robię ze swoim życiem. Jest ono moje, każdy dzień należy do mnie i tak samo jak żaden dzień i żadna godzina już się nie powtórzy - mojego życia nikt mi nie powtórzy. I wiecie co? Idę to krzyknąć przez balkon, a co niech słyszą! I mam to w d***

sobota, 2 lipca 2011

zmiana wiatru

Postanowiłam... i nic tego nie zmieni, absolutnie i nieodwołalnie pisać bloga:
a) regularnie
b) o czymś a nie tak o wszystkim i o niczym (bo i po co)

Z obserwacji, rozmów, dyskursów i uprzejmości wymienianych za pośrednictwem komunikatorów (ostatnio prym wiedzie zawieszający się chat na fb) wywnioskowałam, że warto w sposób szeroki i przede wszystkim dostępny dla wszystkich przekazać historie które normalnym ludziom nie zdarzają się a w moim przypadku są na porządku dziennym. Ci którzy mnie znają wiedzą, że jak coś ma się przytrafić to zdarzy się akurat mnie, jak coś ma się wylać - to akurat na moje spodnie, jak coś się popsuje - to akurat w momencie kiedy ja tego używam.

Tak więc, żeby mieć gdzie dać upust swojej frustracji a przy okazji dostarczyć rozrywki znajomym i nieznajomym ogłaszam wszem i wobec iż przynajmniej 1 raz w tygodniu opiszę co mi sie przydarzyło. A jeżeli komuś z was przydarzy się coś egzotycznego - bez nazwisk ale też to opiszę (kiedyś, promiss) :)

Dzisiaj idę na wesele, więc jest szansa że się spóźnię/potknę/zgubię sukienkę/połamię obcas*

Pierwsze doniesienia - już jutro:)

CU

* niewłaściwe skreślić

sobota, 11 czerwca 2011

Mexico

Ach ach jak cudownie było na dugim końcu globu... słońce, tequila, przyjacielskość mieszkańców i to jedzenie... żyć nie umierać. W Meksyku jest cudownie. Ciepło (czasami nawet bardzo), przyjaźnie, niestety biednie ale ma to również swoje dobre strony (czytaj butelka Coca - Cola, 600 ml kosztowała uwaga 2 zł) i przede wszystkim radośnie, śpiewająco i tańcząco. Wesoły naród, ktory nie przejmuje sie tym, co będzie jutro. Ważne jest tu i teraz. I to jest główna zasada życia Meksykan.

Jedzenie - pikantne ale bardzo dobre (no może poza jedną zupą, ale jedna niesmaczna miska na całe 16 dni pobytu to mogła się trafić). Picie - tequila w cenie bardzo, bardzo przestępnej, piwo - głównie Corona, też dobre ale bez fajerwerków, no i najbardziej egzotyczna rzecz jaką tutaj spotkałam - "kompot" zrobiony na bazie wody po ugotowanym ryżu (czyli, gotujemy ryż, wody po nim nie wylewamy, tylko dolewamy zimnej, dodajemy lodu i napój do obiadu, jak znalazł). Mają za to cos cudownego - napój z suszonych kwiatów hibiskusa, coś podobnego do znanej w Polsce herbaty, ale tutaj - to po prostu jakaś rewelacja. Zdecydowany kulinarny numer 1.

Cóż to tyle na razie na temat Meksyku. kto wie może kiedyś uda mi sie tam wrócić... na dłużej... :)

sobota, 7 maja 2011

poniedziałek, 2 maja 2011

tam gdzie nas nie ma

Bardzo chciałabym mieszkać w Warszawie ale takiej, jaka jest 2 maja, 11 listopada i 15 czerwca. Cicho, pusto, przestronnie. na drugą stronę miasta przejeżdza się w 20 minut, na swiatłach nie czeka się dłuzej niż 2 minuty. Miasto marzeń, żyć i nie umierać tylko mieszkać. I jeździć w jedną i drugą stronę. I na rowerze. Nad Wisłem, Wałem Miedzeszyńskim. I oglądać odbijające się w wodzie swiatła tego kolorowego miasta.

Lepiej niż tutaj jest mi chyba tylko w domu. Czy to się kiedyś zmieni? Być może - za rok, kiedy na Euro zjedzie się tylu kibiców, że wyjazd komunikacja miejską do centrum stanie sie wyprawą na pół dnia. A może nie. A może wszyscy niewierni, wróżący  fusów i lotu ptaków będą zmuszeni odszczekać nasze nieprzygotowanie.

Tak czy inaczej, w Warszawie jest mi dobrze. Czy może być gdzieś lepiej? Zawsze dobrze tam gdzie nas nie ma.

piątek, 29 kwietnia 2011

śluby

29.04.2011. Piękny słoneczny dzień. zaczął się chwilę po 7 rano, skończyć się jeszcze nie skończył. Bardzo fajny dzień.

Rano ubolewałam, że w piątek (dzień pracujący) Kate i William w Londynie powiedzą sobie "tak" że nie ma opcji siedzenia w pizamach przed telewizorem, z kubkiem kawy i jajecznicą na talerzu i wzruszania się nad bielą sukienki, wiwatujacym tłumem i ceremoniałem kultywowanym od wieków. Nie wiem skąd, ale mam jakiś wielki sentyment do TEJ królewskiej rodziny. Z czasów dzieciństwa zbierałam wycinki o monarchi brytyjskiej, cieszyłam się ogłądając kolejne filmy dokumentalne opowiadajace "british dream" w wydaniu Karola i Diany i jeszcze bardziej płakałam, kiedy księżna zginęła w wypadku... Ale po co ktoś mógłby zapytać? Co w moim życiu zmienia ten czy inny następca tronu Wielkiej Brytanii. Ważniejsze jest kto zostanie prezydentem miasta albo nowy samochód sąsiada niż coś co się dzieje a siedmioma górami i morzami. Czyż nie?

Otóż nie. Jak świat światem, kobieta kobietą a marzenia marzeniami - które trzeba gonić, każdy chce znaleźć się na chwile w bajce, innym świecie zdala od tego, co nas otacza na co dzień. I ma gdzieś nowego prezydenta czy najnowszą brykę sąsiada. Potrzebujemy gdybania - co by było gdybym w miejscu obywatelstwo - Polskie miała  brytyjskie, australijskie czy rosyjskie? Może miałabym swoją monarchię, złoże naftowe albo kubek do ktorego zbierałabym drobne na dworcu. Ci, których ślub pary książecej znudził do granic pojęcia, muszą wybaczyć. Zbyt wiele osób chce chociaż na chwilę poczuć się jak w bajce. Chociaż na godzinę, na chwilę...

piątek, 11 marca 2011

co jest a czego nie ma

Uwaga uwaga, teraz będzie rozwiniecie tytułu: trzy rzeczy które sa i trzy rzeczy których nie ma

JEST:
1. w miarę ładne słońce za oknem
2. buty, które chodziły mi po głowie od paru dni
3. kilka kilogramów tu i tam które doprowadziły mnie do stanu frustracji i detrerminacji w pozbyciu sie ich

NIE MA:
1. pracy
2. piędzy
3. czasu żeby pojechać na snowboard

Bez sensu. Niech już będzie wiosna.

czwartek, 10 marca 2011

nędznie

Dzień kobiet (albo Dzień naleśnika jak kto woli:)) minął jak co roku, z mniejszą lub większą ilością kwiatków, które stoją i pachną do dzisiaj. Dobrze ze nie jest to już goździk i rajstopy jak w czasach towarzysza Gierka.

Wieczór, 8 marca spędziłam wspólnie ze znajomymi (i Łukaszem :))w Teatrze Roma na musicalu Les Miserables, czy Nędznikach. Był to mój pierwszy raz z musicalem na żywo, gdyż do tej pory wszystkie formy widziałam w tv (Chicago, Upiór w operze). To co zobaczyłam na scenie Romy przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To było coś cudownego! Światło, scenografia, dynamika akcji i przede wszystkim utwory które raz chwytały za serce a za chwilę bawiły do łez. Cud, miód i malina. Minusy? Drugi akt, który troche przegadany wlókł się jak flaki z olejem, powinien skończyć się na scenie batalii gdyż dalej nic atrakcyjnego nie oferował odbiorcom. Scena ślubu i odejścia ojca - do przewidzenia, tak więc można było się jej pozbyć z całości. Jednak jeżeli chodzi o całość - cudowne, cudowne i ja chcę jeszcze raz!

poniedziałek, 7 marca 2011

po co komu zootechnika

Dla tych którzy jeszcze nie słyszeli, nie wiedzą i nie mają bladego pojęcia co się dzieje na bożym świecie :) pragnę przekazać nowinę, iż od 28 lutego pełnoprawnie i z premedytacją mogę pisać trzy literki i stawiać po nich kropkę przed nazwiskiem. Tak, tak studia dobiegły końca, jestem inżynierem. :)

Przy tej okazji naszła mnie trochę smutna i przygnębiająca refleksja. Po co komu zootechnik/zootechniczka z piątką na dyplomie i aspiracjami do pracy w zawodzie?  Na rozmowach pytają dlaczego szukam pracy w PR a nie w sektorze rolno-zwierzęcym, w sektorze rolno - zwierzęcym - czemu tutaj jak studiuje PR a poza tym gdzie moje doświadczenie w tej branży? Oferty pracy? Kierownik fermy, przedstawiciel handlowy/ambasador marki/ promotor produktu (niepotrzebne skreślić) firm paszowych oraz ewentualnie ale to już na prawdę ewentualnie można zajać się robieniem doktoratu i badań na uczelni ale tylko w momencie gdy twoja średnia oscyluje w granicach 7.0.

Po co uczył się człowiek metod ilościowej oceny populacji? Dryfów genetycznych? Układania dawek? Analizy pasz? Wszystkich specjalistycznych hodowli? Po co wydawał pieniądze na ksero, kawę w bufecie i red bulle pite po nocy? I czego może oczekiwać od rynku pracy gdy już przed nazwiskiem będzie mógł wpisać sześć liter: mgr inż. ? Tego samego co teraz - etatu w tesco lub salad story. Bon appetit!

niedziela, 6 lutego 2011

niech się stanie inżynier

Gdy chciałam uaktywnić się jako bloger, a nie tylko wisieć na zmianę na facebooku i nie-facebooku, zmuszona byłam założyć bloga na nowo. Login i hasło do poprzedniego odeszły w głębokie zapomnienie w czeluści mojej pamięci...


przypadkiem, a przynajmniej mam taką nadzieję, stała się moja praca inżynierska i za niedługo dostanę dyplom, i będę mogła chwalić się tytułem inżyniera.  z jednej strony fajnie. z drugiej - 3,5 roku zleciało jak z bicza strzelił. Starsza. Mądrzejsza?