z cyklu: roza - mimoza
Roza to kwiat. Mimoza też.
Jednak mimotycznie rzecz biorąc nie taka mimoza nieruchawa jak ją rysują. Wikipedia twierdzi że mimoza to rodzaj tropikalnych roślin, rozpowszechniony w Ameryce Południowej oraz na wyspach Oceanu Spokojnego.
Nie trzeba jechać na drugi koniec świata, żeby spotkać mimozę. Ja doznałam bliskiego spotkania dzisiaj w porannej kolejce na poczcie (polskiej), gdzie Pani miła i uprzejma swoją mimotycznością przeszła wszystkie mimozy świata. Otóż jak pojawia się w okienku petent, dzierżąc w dłoni garść awizo zostawionych 23 grudnia to przecież z góry wiadomo, że mu się nie spieszy, że sobie poczeka a w ogóle to czego on chce, trzeci dzień świąt jest! I tak spędzając w relikcie PRL - u (notabene całkiem zadbanym) kolejnych minut dwadzieścia doznałam zaszczytu spotkania z Panią nieprędką (mimozą). Po kliknięciu dokładnie w każdy klawisz wymagający wyświetlenia nazwy ulicy, dowiedziałam się że, awizo nie odbiorę bo nazwisko nie to i adres nie ten (w gwoli wyjaśnienia, listonosz nagrezmolił coś po swojemu i uznałam że to do mnie). A jak już z prędkością światła liczoną w baranach przeskakujących nad płotem, zebrała się żeby sprawdzić do kogo ten list to rach ciach ciach, system padł a księgi listowne w których przesyłek jest dziennie 3 tys. są akurat zajęte przez inną panią mimotyczną. Dowiedziawszy się całe nic, opuściłam gościnne progi poczty, odchodząc z nadzieją bliskiego spotkania listonosza.
Tak więc mój poświąteczny spokój został zburzony jedną wizytą na poczcie. Tak niewiele trzeba, żeby uczynić świat lepszym.
wtorek, 27 grudnia 2011
poniedziałek, 26 grudnia 2011
racja po naszej stronie
z cyklu: jest dobrze a nawet bardzo
Są święta, konkretnie drugi dzień świąt. Koteczki moje piękne, rude i puchate zostawiłam w warszawskim domu, dlatego musiałam do niego szybko wracać zza wigilijnego stołu. I chociaż siedzę sama w domu, jest mi ponad przeciętnie dobrze (no może poza tym że poszłabym na imprezę). Nikt nie chodzi i nie wciska mi kotletów, sałatki jarzynowej i nie każe mi przegryzać tego śledziem. Nie mam obowiązku odwiedzać stada ciotek które co roku widuję tylko przy tej okazji a które tuż po zamknięciu przeze mnie drzwi głośno komentują mój ubiór, figurę i zawartość portfela. I spokój wewnętrzny względny a to się rzadko zdarza przy rodzinnych świętach. Kolejny klasyk mawiał: co za dużo to nie zdrowo. Ja mawiam: Nie ważne co będzie i tak jest zajebiście! Bo mam do kogo wracać.
Może to objaw staropanieństwa lub też innej schizofrenii że koty zajmują tak wiele miejsca w moim życiu. Nie potrafię sobie jednak w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego te dwa futra zajmują tak wiele miejsca w moim sercu. Może dlatego, że one nic nie muszą? Nie muszą udawać miłości, uczuć, poprawności politycznej oraz gustów muzyczno - artystycznych. Nie muszą wymyślać sobie zajęć tak aby móc coś zajebistego umieścić na wallu znanego portalu. Nie potrzebują pieczątek w paszporcie z najodleglejszych miejsc świata które nawet trudno znaleźć na mapie. Nie są tu i teraz i nie robią tego czy tamtego bo tak wypada. Bo tak ktoś kazał.
One po prostu bezinteresownie przywiązują się do osoby, która poświęca im chociaż krztę uwagi. I kochają bezinteresownie. Mnie kochają i ja to czuję. Niepojęte jest dla mnie (a przypomnę przed nazwiskiem mogę wpisać inż. zootechniki) jak wiele miłości jest w tak małym ciele. I jak ta miłość ze zwierząt przechodzi na ludzi. To jest dla mnie magia świąt i nie chcę wiedzieć jak i dlaczego tak to właśnie działa.
Są święta, konkretnie drugi dzień świąt. Koteczki moje piękne, rude i puchate zostawiłam w warszawskim domu, dlatego musiałam do niego szybko wracać zza wigilijnego stołu. I chociaż siedzę sama w domu, jest mi ponad przeciętnie dobrze (no może poza tym że poszłabym na imprezę). Nikt nie chodzi i nie wciska mi kotletów, sałatki jarzynowej i nie każe mi przegryzać tego śledziem. Nie mam obowiązku odwiedzać stada ciotek które co roku widuję tylko przy tej okazji a które tuż po zamknięciu przeze mnie drzwi głośno komentują mój ubiór, figurę i zawartość portfela. I spokój wewnętrzny względny a to się rzadko zdarza przy rodzinnych świętach. Kolejny klasyk mawiał: co za dużo to nie zdrowo. Ja mawiam: Nie ważne co będzie i tak jest zajebiście! Bo mam do kogo wracać.
Może to objaw staropanieństwa lub też innej schizofrenii że koty zajmują tak wiele miejsca w moim życiu. Nie potrafię sobie jednak w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego te dwa futra zajmują tak wiele miejsca w moim sercu. Może dlatego, że one nic nie muszą? Nie muszą udawać miłości, uczuć, poprawności politycznej oraz gustów muzyczno - artystycznych. Nie muszą wymyślać sobie zajęć tak aby móc coś zajebistego umieścić na wallu znanego portalu. Nie potrzebują pieczątek w paszporcie z najodleglejszych miejsc świata które nawet trudno znaleźć na mapie. Nie są tu i teraz i nie robią tego czy tamtego bo tak wypada. Bo tak ktoś kazał.
One po prostu bezinteresownie przywiązują się do osoby, która poświęca im chociaż krztę uwagi. I kochają bezinteresownie. Mnie kochają i ja to czuję. Niepojęte jest dla mnie (a przypomnę przed nazwiskiem mogę wpisać inż. zootechniki) jak wiele miłości jest w tak małym ciele. I jak ta miłość ze zwierząt przechodzi na ludzi. To jest dla mnie magia świąt i nie chcę wiedzieć jak i dlaczego tak to właśnie działa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)