Na wstępie tego posta należałoby złożyć samokrytykę i obwołać publiczną pokutę za częstotliwość postów większą niż rzadka. no ale cóż, life is life...
z cyklu refleksja metodą na wpędzenie się w szaleństwo -
małżeństwo bez wyraźnych, nawet miłosnych powodów.
Nadeszły ciężkie czasy dla rocznika '87 (chociaż tutaj to już czas najwyższy), '88 i '89. Przeglądając Faceboga (a wierzcie mi robię to regularnie) i nk, coraz więcej koleżanek wydaje mi się że znam - a jednak nie znam. Wiele z nich, poznanych na różnych etapach edukacji, w różnych kolejach losu, przy różnorodnych okazjach (i przy różnych trunkach) stawiało na swój rozwój, samorealizację, ukształtowanie siebie jako wolnej, mądrej i niezależniej. A prawie każda z nich, chciała być "kimś" znaną i uznaną prawniczką, utalentowaną aktorką czy pisarką lub też gwiazdą szklanego ekranu, z którego będzie wabić, kusić i uwodzić. I co teraz mam zrobić, kiedy patrząc na M**** już nie widzę tej M*** z którą jarałam papierosy po kątach czy uciekałam z lekcji w liceum (zdarzało się, tak tak) ale widzę Panią M*** M***, dumną i szczęśliwą, matkę i żonę, z dzieckiem w avatarze zamiast twarz własnej lub też z kontem wspólnym facebookowym, prowadzonym wspólnie z mężem (btw. ciekawe czy to w banku również wspólnie prowadzą ??)
Moja koncepcja życia rodzinnego, standardowo ujęta w białą sukienkę i brzmiąca głosem pijanych wujków, których widzisz po raz pierwszy w życiu - jest wypaczona, to wiem. natomiast nie wiem co we mnie drzemie, feminizm? ekscentryczność? egoizm i samouwielbienie? być może. Nie odnajduję jednak fun'u w byciu żoną (a nawet matką), nieposiadaniu własnego kąta, życiu za haracz od rodziców i snuciu planów o wspólnej przyszłości na rachunek mamy i taty. Well. Coś w tym może jest. Ale czy to dorosłość?