piątek, 29 kwietnia 2011

śluby

29.04.2011. Piękny słoneczny dzień. zaczął się chwilę po 7 rano, skończyć się jeszcze nie skończył. Bardzo fajny dzień.

Rano ubolewałam, że w piątek (dzień pracujący) Kate i William w Londynie powiedzą sobie "tak" że nie ma opcji siedzenia w pizamach przed telewizorem, z kubkiem kawy i jajecznicą na talerzu i wzruszania się nad bielą sukienki, wiwatujacym tłumem i ceremoniałem kultywowanym od wieków. Nie wiem skąd, ale mam jakiś wielki sentyment do TEJ królewskiej rodziny. Z czasów dzieciństwa zbierałam wycinki o monarchi brytyjskiej, cieszyłam się ogłądając kolejne filmy dokumentalne opowiadajace "british dream" w wydaniu Karola i Diany i jeszcze bardziej płakałam, kiedy księżna zginęła w wypadku... Ale po co ktoś mógłby zapytać? Co w moim życiu zmienia ten czy inny następca tronu Wielkiej Brytanii. Ważniejsze jest kto zostanie prezydentem miasta albo nowy samochód sąsiada niż coś co się dzieje a siedmioma górami i morzami. Czyż nie?

Otóż nie. Jak świat światem, kobieta kobietą a marzenia marzeniami - które trzeba gonić, każdy chce znaleźć się na chwile w bajce, innym świecie zdala od tego, co nas otacza na co dzień. I ma gdzieś nowego prezydenta czy najnowszą brykę sąsiada. Potrzebujemy gdybania - co by było gdybym w miejscu obywatelstwo - Polskie miała  brytyjskie, australijskie czy rosyjskie? Może miałabym swoją monarchię, złoże naftowe albo kubek do ktorego zbierałabym drobne na dworcu. Ci, których ślub pary książecej znudził do granic pojęcia, muszą wybaczyć. Zbyt wiele osób chce chociaż na chwilę poczuć się jak w bajce. Chociaż na godzinę, na chwilę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz